Róże na pożegnanie

To było wspaniałe i niesamowite lato niestety wszystko co piękne i dobre, szybko się kończy. I tak lato mojej szalonej miłości musiało już zmierzać do końca, a moja ukochana miała za kilka dni odlecieć za ocean olbrzymim samolotem. Znaliśmy się od zawsze. Joanna była moja koleżanką z podwórka, a potem kompanem ze wspólnej ławki. Zawsze mieliśmy się ku sobie, a ja od dziecka czułem, że mocniej bije mi serce, kiedy byłem w jej pobliżu. Byłem dobrze wychowanym i ułożonym chłopcem, dlatego już od dziecka starałem się zachowywać wobec niej jak prawdziwy dżentelmen i co jakiś czas przynosiłem Joannie jakiś drobny upominek, lub kwiatka, a właściwie róże, bo te Joasia lubiła najbardziej. Czas naszego dzieciństwa minął nam na szczęśliwych zabawach, spacerach bez celu i sensu i na snuciu wspaniałych planów na przyszłość, w których Joanna zawsze była moja żoną, a ja byłem jej wspaniałym i kochającym mężem. Niestety życie i plany rodziców Joanny przerwały tą nasza błoga sielankę, gdy nagle cała rodzina wyjechała za ocean. Choć było to dla nas straszne i dramatyczne wręcz rozstanie, ciągle byliśmy blisko siebie. Pisaliśmy oboje długie listy, powierzając drugiemu swoje radości, smutki i rozterki, mieliśmy też stały kontakt telefoniczny. Joanna co jakiś czas przyjeżdżała na wakacje do kraju i była coraz piękniejszą kobietą, a ja coraz bardziej w niej zakochany i wpatrzony w jej niezwykłą osobę przynosiłem jej wtedy jak najczęściej mogłem, piękne czerwone róże. Byliśmy sobie obiecani i przeznaczeni i jedno nie mogło żyć bez drugiego, lecz czas i rozłąka piszą smutne scenariusze. Joanna w końcu poukładała sobie życie za oceanem, a ja tu na miejscu też założyłem rodzinę. Cały czas jednak byliśmy ze sobą w kontakcie i wiedzieliśmy o tym doskonale, że żadne z nas nie było w swoim nowym życiu do końca szczęśliwe. Minęło sporo czasu, nasze dzieci dorastały już szczęśliwie, a naszym życiem wciąż rządziła tęsknota. W końcu Joanna znów pojawiła się w kraju, tym razem sama, już bez rodziny. Ja także stałem się w tym czasie kawalerem z odzysku i z radością udałem się na lotnisko, aby móc przywitać ja w kraju jako pierwszy. W kwiaciarni czekał już na mnie zamówiony kilka dni wcześniej ogromny bukiet czerwonych róż, które zabrałem ze sobą na lotnisko. Nie mogłem się doczekać przylotu utęsknionego widoku jej twarzy, a samolot jak na złość spóźniał się coraz bardziej. W końcu usłyszałem długo oczekiwany komunikat o spóźnionym lądowaniu i stanąłem wejściu czekając na nią niecierpliwie. W końcu pojawiła się z mnóstwem bagaży. Tak samo piękna, uśmiechnięta i delikatna jak kiedyś. Ucieszyła się niezmiernie z bukietu róż i objęła mnie czule. Wiedzieliśmy, że czekają nas wspaniałe cztery tygodnie, w czasie których będziemy mieli się tylko dla siebie. Będziemy mogli spędzać znów jak dawniej nasz czas na wspólnych spacerach i rozmowach, a także na zabawach, które teraz będą już wyglądały nieco inaczej niż kiedyś. Mieliśmy przecież w planach kręgle i bilarda. To był na prawdę wspaniały czas, lecz każde z nas ma daleko od siebie swoje życie i tak już chyba pozostanie. Nadszedł bardzo szybko smutny moment, kiedy znów kupowałem dla Joanny róże. Tym razem był to smutny bukiet. Bukiet na pożegnanie.